Kozanów – 14 kwietnia 2019

Kończy się bardzo chłodny tydzień z temperaturami za dnia w okolicach +5 st. C. Po deszczowej nocy mamy w pełni zachmurzony poranek. Jest 7:00, temperatura +5.7 st. C, ubieram się w zimową kurtkę.

Przed blokiem słychać przede wszystkim sroki, które stadkiem planują jakąś „akcję”. Głośno terkocząc obsiadły drzewa. Są mocno podekscytowane.

Nie brakuje też osiedlowych wron. W blaszanych gniazdach na szczytowych ścianach budynków siedzą pustułki.

Wchodząc do parku można by pomyśleć, że przekracza się próg filharmonii, w której orkiestra właśnie stroi instrumenty. To szpaki, mistrzowie gwizdów i naśladowania różnych „industrialnych” dźwięków, obwieszczają przy swoich dziuplach akty własności zajmowanego terenu.

Na drzewach widać coraz więcej zieleni. Buki, klony i lipy rozwijają swoje małe, jeszcze pomarszczone listki. Dęby stoją na razie nagie, tylko gdzieniegdzie zaczynają pękać pąki. Na jednej z gałązek dostrzegam zmokniętego, bardzo pożytecznego złotooka.

W gnieździe grzywacza koło Orbity nie dostrzegam oznak życia. Pojawiające się liście zaczynają skutecznie utrudniać obserwacje. Na domiar złego uszczelniają parasol odcinający światło docierające do gruntu. To ostatni moment na kwitnienie parkowych geofitów – zawilców. Dziś dodatkowo chmury spotęgowały mrok tak, że przemykający samiec kosa wydaje się zjawą ze złotym sztyletem-dziobem.

Odwiedzam gniazdko sikory modrej ukryte w zamku furtki. Niestety wydaje się puste. Ale na wszelki wypadek nie podchodzę zbyt blisko. W okolicy lata modraszka, ale jest zajęta czyszczeniem piórek, a nie znoszeniem pożywienia dla młodych. Może młode pokolenie sikor już opuściło rodzinny dom?

Już prawie doszedłem do granicy parku, do wału przeciwpowodziowego (Grobli Kozanowskiej), gdy moją uwagę zwróciły alarmujące świergoty i krzyki samicy kosa w koronie dużego drzewa. Dopiero po chwili dojrzałem na gałęzi wielką sowę. Mimo, że siedzi prawie bez ruchu jak zmokła (dosłownie!) kura na grzędzie, to i tak wzbudza niepokój u innych ptaków. To moje pierwsze spotkanie z puszczykiem w naturze.

Gdy nacieszyłem się widokiem sowy, ruszyłem wzdłuż wału. W ogródkach działkowych pięknie kwitną drzewa owocowe.

A nad moją głową, co chwilę kolejny szpak wystawia sztukę sceniczną – monodram – w którym łączy balet ze śpiewem.

Co jakiś czas słyszę również ostre pianie i trzepot skrzydeł kogutów bażantów. Jest ich 2 lub 3, ukryte wśród wysokich suchych traw. Chyba mają stałe rewiry, bo ich odgłosy dochodzą z tych samych miejsc co zawsze. Te gęstwiny, to też miejsce łowów „działkowych” kotów. Ciekawe, jak często dochodzi do krwawych konfrontacji między bażantami i kotami?

Idąc Groblą Kozanowską dochodzę do stawku przy ul. Kozanowskiej. Pływa po nim kilka krzyżówek, łyska i 2 łabędzie nieme. Miałem nadzieję na spotkanie z żabami, ale ani ich nie widać, ani nie słychać. Galaretowatego skrzeku również nie potrafię dojrzeć.

Okrążam staw i wchodzę na intensywnie zieloną, jeszcze wilgotną polankę w jego sąsiedztwie. Tu właśnie urządził sobie polowanie na rosówki szarogłowy, cętkowany kwiczoł.

Doszedłem w końcu nad brzeg Odry przy policyjnym porcie. Po drugiej stronie rzeki widzę przez lornetkę paradującego koguta bażanta. W kierunku Zimowiska Barek II leci czapla siwa. Po zachodniej stronie toń wody jest pusta, więc idę w przeciwnym kierunku – do cypla przy ul. Celtyckiej – gdzie na mieliźnie siedzi kilkanaście mew. Oprócz śmieszek i mew srebrzystych kręci się tu kilka kaczek krzyżówek

Gdy jednak dokładniej przypatrzyłem się inwentarzowi, to okazało się, że jest tam też samiec płaskonosa z charakterystycznym długim dziobem. Swoimi kontrastowymi barwami wyraźnie odróżnia się od innych kaczek.

Ale na tym nie koniec! Niedaleko pływa również jeszcze jedna „nietypowa” kaczka – brązowa z jaśniejszymi bokami, a na głowie ma długą białą „brew”. To samiec cyranki. Czy tego dnia jeszcze coś może mnie zaskoczyć?!

Kieruję się na drugą, wschodnią stronę cypla. Całkiem nisko leci kolejna czapla siwa. Jednak moją uwagę bardziej przykuwa spory krzew gęsto pokryty różowymi kwiatami. Wydaje mi się, że to egzotyczny pigwowiec japoński. Ciekawe czy został tu zasadzony celowo, czy może to pamiątka po dawnej działce, a może odrodził się z porzuconych tu ogrodowych śmieci?

Po wodzie pływają i coś z niej wyciągają do jedzenia 3 łabędzie nieme – śnieżnobiały dorosły i dwa młode z brązowym nalotem.

Na łasze tylko kilka mew i wron. Podpłynął jeszcze jeden młody łabędź niemy. I dopiero teraz dojrzałem kolejną pływającą niespodziankę – pięknego samca ohara! Takiego gościa kompletnie się nie spodziewałem. Paleta barw jego upierzenia jest bardzo podobna do tej u płaskonosa – ciemna zieleń, jasny brąz i biel. Jednak krwistoczerwony dziób i narośl u jego nasady powodują, że ohar wygląda bardziej „ekstrawagancko”. Widać ten postanowił odpocząć i posilić się na Odrze podczas przerwy w podróży na północ, ku morskim wybrzeżom, gdzie spędza lato.

Na „malowniczym” ogrodzeniu działki siedzi szaro brązowy, puchaty, jakby napompowany mazurek. Może nie jest tak widowiskowy, jak spotkane wcześniej kaczki, ale za to swojski. Wierny towarzysz z podwórka.

Nad działkami poluje pustułka. Wysoko nad ziemią zawisa i wypatruje zdobyczy. Co jakiś czas przelatuje kawałek dalej i znowu w miejscu wachluje skrzydłami. Aż wreszcie opadła na dostrzeżoną ofiarę i zniknęła mi z oczu.

Od napotkanego stałego bywalca parku dowiedziałem się, że puszczyk, którego widziałem wcześniej, ma 3 młode. Wróciłem zatem pod „to” drzewo, by przekonać się na własne oczy. I rzeczywiście są małe sówki – wypatrzyłem 2 szare puchate kulki. Ale nie tylko ja jestem zainteresowany maluchami – wrony ewidentnie mają niecne plany w stosunku do nich. Jednak rodzic ma oko na wszystko…

Idąc w kierunku domu ponownie przechodzę obok furtki, gdzie modraszka założyła gniazdo. Tym razem jest – przyleciała, weszła górną dziurką zamka i wyszła dolną. Nie wiem co przyniosła – czy nadal znosi budulec, czy może wreszcie smakołyki dla potomstwa? Stoję już kilkanaście minut, ale nadal nie powróciła. Za to na mniej już czas. Jest prawie 11:00.

Przed wyjściem z parku robię jeszcze portret kosa.

A na chodniku przy ul. Wejherowskiej, na do widzenia, natykam się na kwiczoła, który zbiera butwiejące liście. Pewnie też buduje swoje gniazdko.

I ja wracam do mojego „gniazda”…


Porady

Przed wyjściem z domu warto przywrócić aparat do ustawień „standardowych”, czyli takich, które zazwyczaj używamy w terenie. W moim przypadku to priorytet czasu, który najlepiej sprawdza się z długimi obiektywami oraz automatyczna czułość ISO. Dodatkowo przy słabym oświetleniu (jak dzisiaj), ustawiam najdłuższy akceptowalny czas naświetlania oraz włączam stabilizację matrycy.

Lepiej być przygotowanym na „strzał”, niż w gorączce kręcić pokrętłami, klikać guzikami i przedzierać się przez kolejne poziomy menu. A zwierzęta nie zawsze chcą poczekać…

17 myśli na temat “Kozanów – 14 kwietnia 2019

  1. Fantastyczny tekst. To niesamowite ile wprawne oko jest w stanie zobaczyć w, zdawałoby się, nudnym, miejskim otoczeniu. Zazdroszczę wiedzy i spostrzegawczości!

    Dwie prośby z mojej strony:
    1. Publikuj częściej bo naprawdę fajnie czyta się Twoje wpisy!
    2. Publikuj zdjęcia w wyższej rozdzielczości bo fajnie by było zobaczyć więcej szczegółów!

    Pozdrawiam!

    Polubienie

    1. Dziękuję za ciepłe słowa. Przyroda w mieście wcale nie jest nudna. Może jest trochę przytłoczona betonem, hałasem i ludźmi, ale nadal żywa i bardzo ciekawa.

      Nie mogę obiecać, że spełnię Twoje prośby. Sam chciałbym częściej wrzucać nowe „historyjki”, ale nie zawsze się to udaje – ich przygotowanie niestety pochłania sporo czasu. Ale za to na bieżąco zbieram „materiały”, więc treści do wrzucenia raczej nie zabraknie.

      Co do wyższej rozdzielczości zdjęć, to też się nad tym zastanawiałem. Jednak ostatecznie zdecydowałem się pozostać przy 1024 px na dłuższym boku. Jest to kompromis między jakością, a „ciężarem” pliku. Niestety WordPress degraduje ostrość pliku przy skalowaniu, dlatego zawsze można po kliknięciu w zdjęcie – na warstwie z powiększeniem – kliknąć jeszcze raz w link do oryginalnego zdjęcia. Oryginał powinien wyglądać lepiej.

      Od razu wytłumaczę się, dlaczego ważny jest dla mnie „ciężar” pliku. Otóż korzystam z darmowego pakietu na WordPressie i jest tam ograniczenie objętości plików do 3 GB. Ja już zająłem 6%, a chciałbym co nieco jeszcze dorzucić 😉

      Wytłumaczę też dlaczego korzystam z darmowego konta. Robię tak dlatego, żeby stworzone przeze mnie treści zostały w internecie nawet wtedy, gdy kopnę w kalendarz i nie będę mógł dokonywać opłat 😉 Wybrałem tę platformę blogową, bo stwierdziłem, że ma największe szanse na przetrwanie, a jak wiadomo kilka już zostało zamkniętych. Z tego też powodu nie kupowałem dedykowanej domeny czy dedykowanego serwera. To taka moja mała nieśmiertelność 😉

      Wracając do moich zdjęć… Nie są one artystyczne i też nie mam aspiracji, aby takie były. Traktuję je jako dokumentację – że tu i tam faktycznie było to czy tamto. Wychodzę z założenia, że szczegóły danego gatunku można zobaczyć na lepszych zdjęciach lub rysunkach w atlasie. Ich autorzy posługują się lepszym sprzętem (większym i cięższym niż mój), którego mnie po prostu nie chciałoby się targać. Może kiedyś się przełamię… Na razie podziwiam zdjęcia innych.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Zaskoczyłeś mnie, bo założyłam tutaj blog z dokładnie tych samych powodów. 😉
        A co do wielkości zdjęć. Uważam, że najlepszą metodą jest wstawianie zdjęć do wpisu w takim rozmiarze, jaki się mieści w szerokości szpalty. Nie oszukujmy się, nikt nie będzie kombinować, żeby obejrzeć większe wersje. No, jeden na sto może obejrzy je w formie galerii. I tylko na darmo marnuje się miejsce na serwerze.
        U mnie po 12 latach prowadzenia Chwastowiska zajęte jest 36% miejsca, a mam około 10 tysięcy zdjęć.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Jeśli wstawia się pojedyncze zdjęcia, to faktycznie docinanie ich do szerokości szpalty ma sens – można je wówczas idealnie wyostrzyć i wtedy wyglądają prześlicznie (jak u Ciebie na blogu!).

        Ja jednak zdecydowałem się wstawiać po kilka-, kilkanaście zdjęć do jednego wpisu. Aby uniknąć tasiemcowatych, kilkunastoekranowych publikacji, musiałem pogrupować zdjęcia w „galerie”. A to skutkuje koniecznością wyświetlania „pokazu slajdów”. Taki slajd-szoł z małymi obrazkami nie prezentuje się dobrze – większe zdjęcia są efektowniejsze. No i mam: duże, ciut nieostre, ale z możliwością podglądu „oryginałów” (dla tych 1/100 zainteresowanych). Zaletą jest również to, że ma się „zapas” rozmiaru na ewentualną zmianę szablonu wyglądu bloga.

        Polubienie

      3. Z tego wszystkiego przekonuje mnie tylko argument o zapasie na ew. zmianę szablonu. Choć nawet w tym przypadku rozmiar 800px w szerokości chyba by wystarczył, bo nie kojarzę szablonów, które pokazują większe zdjęcia.
        Ale to Twój blog i Twoja zdjęciowa polityka. co ja się tam będę wtrącać. 🙂
        Natomiast z pewnością przydałoby się, gdybyś włączył więcej poziomów zagnieżdżania komentarzy. 😉

        Polubienie

      4. Niektórzy chcą zdjęcia w większej rozdzielczości, niektórzy w mniejszej – to ja zostanę po środku i dogodzę… sobie 😛

        Na razie rzadko kleją się jakieś większe dyskusje, więc zostanę przy trzech poziomach komentarzy. Większe wcięcia spowodują uformowanie wypowiedzi w długie „kiszki”, które na „desktopie” dobrze nie wyglądają, a na „mobile” źle się je czyta.

        Polubienie

    1. Szpaki są cudowne! Co jeden to bardziej próbuje prześcignąć sąsiadów w tańcach i śpiewach. Wszystkie razem uczestniczą w wielkim koncercie na cześć nadchodzącej wiosny. 😉
      Ale też teraz, początkiem jesieni, można usłyszeć gwizdy szpaków. Może nie są tak gwarne, no i bez tańców, ale za to bardzo głośne. Przynajmniej u mnie we Wrocławiu to wygląda tak, że siedzi taki szpak wysoko na słupie wysokiego napięcia i gwiżdże. A robi to tak doniośle, na wysokich tonach, że nie są w stanie zagłuszyć go samochody i hałas ulicy.

      Polubienie

    1. Ech, żyję z półrocznym opóźnieniem. Niedługo (gdy za oknem będzie deszcz, śnieg i zawierucha), postaram się nadrobić zaległości. Pewnie nie uda mi się wyjść na prostą przed następną wiosną, ale gdzież mam się spieszyć. Teraz slow-life jest w modzie. 😉
      A kolejne materiały na posty staram się zbierać na bieżąco.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Ech, do wiosny jeszcze taki kawał czasu… Miło powspominać, jak to fajnie było i wyobrazić sobie, że znów tak będzie.
    Podobają mi się zdjęcia. Puszczyka zazdroszczę, jest cudny. A szpak przeuroczy. 🙂

    Polubienie

    1. Można czekać na wiosnę, albo… cieszyć się nadchodzącą jesienią. 😛

      Gdy wracam po jakimś czasie do moich notatek i zdjęć, to mam do nich większy „dystans” i mogę cieszyć się nimi w inny sposób. Mogę na nowo, może inaczej, przeżyć tamten spacer, spotkanie ze zwierzem czy uroki pogody. To też jest oczywiście „bodziec” do wytrwałego czekania na kolejny sezon.

      Cieszę się, że komuś podobają się moje niektóre zdjęcia. Dziękuję!

      Polubienie

      1. Zdjęcia są całkiem fajne, więc nic dziwnego, że mi się podobają. Szczególnie doceniam je za to, że dobrze wyglądają mimo kiepskich warunków oświetleniowych. Ja to nie mam sprzętu na takie okoliczności. :/
        Za to porada dotycząca ustawień aparatu przed wyjściem z domu brzmi dla mnie dość zabawnie. W trakcie jednego spaceru te ustawienia zawsze zmieniam ze sto razy. 😉
        Nadchodzącą jesienią niestety nie potrafię się cieszyć, bo to oznacza coraz krótsze dni, coraz dłuższe noce, coraz większy ziąb, a przede wszystkim rychły koniec sezonu robaczkowego… Dlatego zaczynam już marzyć o wiośnie.

        Polubienie

      2. Mój sprzęt również nie jest doskonały, ale ma jedną, podstawową zaletę – jest mały. Niestety, „ostrego” ptaka w locie raczej nie mam szans uchwycić – tego mi najbardziej brakuje.

        A ta rada z „resetowaniem” ustawień aparatu wcale nie jest śmieszna. Bez niej straciłem kilka potencjalnych okładek dla National Geographic. 😉
        Widzę umykający cel, wyciągam aparat, strzelam… i widzę, że miałem wymuszone ISO 200, czas 1 sekundę. No bo przecież wieczorem coś tam „kombinowałem” z aparatem i nie przygotowałem się na poranne wyjście. A cel już śmignął w krzaki…
        Ja też często zmieniam ustawienia, ale lepiej być (w miarę) przygotowanym, gdy natrafi się jakaś niespodziewana okoliczność przyrody.

        Dla „robakoluba” jesień faktycznie może nie być dobrym okresem do łowów. Pewnie zdarzą się dni z babim latem i pajączkami szybującymi na jedwabnych nitkach, ale na pewno to nie to samo, co pojawia się wiosną czy latem.
        Może jesienią warto, bez odrywania nosa od ziemi, spojrzeć szklanym okiem na przykład na grzyby, grzybki i podgrzybki? A zimą na… No dobra, nie wiem na co. Może do „szuflady”, w której są niewykorzystane skarby z lata?

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.